Mindfulness to jedno z tych słów, o które dziś trudno się nie otrzeć. Pojawia się w aplikacjach w telefonie, na szkoleniach w korporacjach, w gabinetach terapeutów, w szkołach, gdzie uczy się dzieci spokoju. Wielu z nas spróbowało nawet tych dziesięciu minut skupienia na własnym oddechu i zna z doświadczenia, jak szybko w głowie pojawia się obiad, niezapłacona faktura i ta jedna natrętna mucha. Mało kto jednak wie, skąd ta praktyka się wzięła i co tak naprawdę w niej ćwiczymy.
Skąd się wziął mindfulness
Dzisiejszy mindfulness to współczesna interpretacja buddyjskich metod kontemplacyjnych. Jego rdzeń opiera się na dwóch pojęciach. Pierwsze to sati – palijskie słowo tłumaczone zwykle jako uważność, czyli zdolność do pełnego bycia z tym, co dzieje się tu i teraz, do zauważania doświadczenia w chwili, gdy się pojawia, bez natychmiastowego dawania się mu porwać. Drugie to vipassana, czyli wgląd, jasne widzenie. Przyjrzenie się doświadczeniu na tyle uważnie, by zobaczyć jego zmienną naturę. Dostrzeżenie, że myśli, emocje i odczucia nieustannie powstają i przemijają.
Z tej tradycji, konkretnie z dwudziestowiecznego ruchu vipassany, czerpał Jon Kabat-Zinn, kiedy w 1979 roku na uniwersytecie w Massachusetts stworzył pierwszy program oparty na uważności. Rdzeń nauk buddyzmu przełożył na prosty zestaw instrukcji. Nie trzeba w nic wierzyć ani niczego przyjmować na słowo. Jedyne co, to wystarczy obserwować, co się dzieje.
Co właściwie ćwiczymy
Już około dwóch i pół tysiąca lat temu w starożytnych Indiach narodził się koncept wyzwolenia. Tamtejsi myśliciele zauważyli coś, co dziś brzmi zaskakująco trafnie: człowiek niemal nieustannie utożsamia się z przepływającymi przez niego myślami, emocjami i wyobrażeniami. Natomiast zupełnie przeocza samą świadomość, czyli to w czym pojawiają się te treści.
Problem nie leży w samych myślach i emocjach, lecz w tym, że zrastają się one z poczuciem ja. Przelotny lęk przestaje być lękiem, który przyszedł i za chwilę minie, a staje się twierdzeniem: jestem przerażony. Krytyczna myśl o sobie, zamiast pozostać jednym z tysięcy komentarzy, jakie nieustannie produkuje umysł, urasta do prawdy o tym, kim jesteśmy. W tej fuzji chwilowy stan dostaje ciężar tożsamości i właśnie dlatego potrafi zaboleć znacznie mocniej, niż wynikałoby z samej jego treści.
Uważność proponuje inną relację z własnym umysłem. Zamiast być pochłoniętym treścią, stopniowo uczymy się ją obserwować. Sama praktyka wygląda zaskakująco zwyczajnie. Siadasz, kierujesz uwagę na prosty punkt zaczepienia, najczęściej oddech albo odczucia w ciele. W którymś momencie zauważasz, że uwagę porwał potok myśli. Wtedy łagodnie to dostrzegasz i wracasz do obserwowania oddechu. Znowu i znowu, bez obwiniania się za to, że uwaga uciekła. Z czasem zaczyna dziać się coś istotnego. Zaczynasz obserwować myśli i emocje jako przemijające zjawiska. Widzisz, jak powstają i jak same się rozpuszczają. Zaczynasz być świadomym świadkiem tego zjawiska, zamiast wpadać w ich niekończący się nurt. Najprościej mówiąc, to przesunięcie perspektywy z bycia swoimi myślami do zauważania swoich myśli.
Co mówi nauka
Wychodzenie z utożsamienia z treścią umysłu, czyli uczenie się jej obserwowania zamiast utożsamiania się z nią, przynosi wymierne korzyści. Obniża poziom stresu, poprawia regulację emocji oraz zwiększa stabilność uwagi. Właśnie dlatego mindfulness znalazło zastosowanie we współczesnej medycynologii i psychologii.
Program MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction – Program redukcji stresu oparty na uważności) Jona Kabata-Zinna powstał z myślą o pacjentach z przewlekłym bólem i stresem.
